22 października 2014

Poławiacz bursztynu

Październik.

Burzliwa jesień. Wysoko płynące, czarne chmury przynosiły nocne nawałnice, które obrywały z drzew resztki pomarańczowych liści i wynosiły na brzeg z głębi morza bursztyn. Nie tylko drobnicę nie większą od grubych kropel deszczu, a całkiem spore kamyki jak ziarna grochu i większe jeszcze, podobne do jaj kukułczych. Dobre gatunki, przejrzyste, niespękane i o barwie przypominającej poranną, świeżo zaparzoną english breakfast. Mocną. Lub te mlecznobiałe z refleksami cytrynowej żółci. Ale na razie trwał jeszcze sztorm, którego moc mogła oznaczać wspaniałe łupy. Ludzie czekali, siedząc w kucki pod ścianą niewielkiego sklepu wiejskiego. Właściciel też dorabiał łowiąc bursztyn, więc późna godzina otwarcia mu nie przeszkadzała. Dochodziła trzecia nad ranem.

20 października 2014

Ciemna jest noc cz. VI

Kolejne dni zlały się potem Magdzie w mroczny ciąg wizyt na oddziale kardiologicznym. Prosto z pracy jechała do szpitala i zostawała tam do późna w nocy. Czasem towarzyszyła jej Agnieszka, która starała się, najlepiej jak mogła, podtrzymać przyjaciółkę na duchu.

Lekarze nie próbowali rozbudzać nawet wątłej nadziei. Rokowania były złe. Ciotka gasła w oczach. Magda skontaktowała się z ojcem, ale nie mógł wyrwać się choćby na tydzień. Oznaczałoby to zerwanie rocznego kontraktu, z którego wciąż pozostało mu do odpracowania na platformie siedem miesięcy.

Nie licząc przyjaciółki, została sama wobec pazerności pielęgniarek i niejasnych wypowiedzi lekarza prowadzącego. Osiem dni od przyjęcia na oddział ciotka zmarła. Magda spodziewała się najgorszego niemal od samego początku, mimo to przepłakała całą drogę z pracy, gdzie odebrała telefon siostry oddziałowej. Faris, zaalarmowany przez pełną dobrej woli Ankę, zadzwonił później, ale nie nalegał, gdy dziewczyna nie przyjęła oferty wsparcia ani towarzystwa. Lada chwila oczekiwała przyjazdu Agnieszki, która urwała się wcześniej z firmy.

17 października 2014

Trzydziesty raz

Wiosenne słońce schodziło powoli za najwyższe wieżowce, co Maćkowi prawie zawsze kojarzyło się jak najlepiej. Z dobrze spędzonym dniem, nadchodzącą porą odpoczynku po produktywnej pracy, zasłużonym posiłkiem, czekającym, by nasycić pusty żołądek... Oprócz czwartków. W czwartki, bez względu na pogodę, słońce raziło go w oczy z naganą.

Chował się przed nim za ciemnymi okularami. Stawiał kołnierz kurtki, bądź koszuli, zależnie od pory roku, i przemykał ulicami jak poszukiwany przestępca. Często oglądał się za siebie, przekonany, że czyjś podejrzliwy wzrok przepala mu ubranie na plecach. Wprawdzie nie zauważył, by ktokolwiek go śledził, ale paranoiczne przekonanie wcale go nie opuszczało. W czwartki po południu w każdym razie.

15 października 2014

Sea of Sin - seks na sztormowym Bałtyku

Siedzieliśmy w kilka osób w ciasnej kajucie.  Butelka krążyła z rąk do rąk. Bezcłowy sklep pozwolił nam na uzupełnienie topniejących zapasów. Trochę kołysało. Bałtyk w grudniu rzadko bywa gościnny.

Podniosłem wzrok. Na koi obok leżała para moich przyjaciół. Obściskiwali się, zupełnie ignorując fakt, że w Polsce czekali na nich stali partnerzy. Naprzeciwko dwa łóżka były zajęte przez resztę towarzystwa – pomiędzy chłopakami usadowiła się Kasia.

„Chociaż teraz będę miał chwilę spokoju” – pomyślałem z ulgą. Od samego wyjazdu z Gdańska, Kaśka nie dawała mi spokoju. Była wszędzie tam, gdzie się pojawiałem. Kokietowała, w bezpośredni sposób dając do zrozumienia, że chce wskoczyć mi do łóżka. W czasie całego wyjazdu byłem opryskliwy, nieuprzejmy, czasem wręcz chamski, ale jej to nie zrażało. Osaczała mnie zewsząd, nie pozwalając ani na chwilę zapomnieć o swojej obecności.

Dodatkowo, doskonale wiedziała, że nie jestem sam – że w Warszawie czeka na mnie dziewczyna. Miała przecież okazję, żeby się z nią spotkać. Jak się wydawało, polubiły się nawet.

13 października 2014

Po prostu niebo cz. 7

 
List LXLI
Stan do Chrisa
Nie ma o czym mówić. Piszę tylko, żebyś nie był zdziwiony, gdy usłyszysz kolejne plotki. Dla dobra wizerunku (Twojego, mojego i wszystkich zainteresowanych), chcę skrócić czas mojego kontraktu. Wypalam się. Więc pewnie masz rację, kierując mnie do terapeutki. Ty i ja mieliśmy piękne biznesowe plany, ale muszą one poczekać na lepszy moment. W tej chwili potrzebuję przerwy, świeżości. Same pieniądze przestały być wystarczającą motywacją. Zresztą mam ich pod dostatkiem, żeby wieść skromne życie po jakiś tam kres. Co nie wydaje się być w tak nieskończenie dalekiej przeszłości, jak kiedyś mi się zdawało. Mniej przede mną niż więcej.  Mając pięćdziesiąt kilka lat, nie mam ochoty już walczyć o bycie rekinem. Pokazałem już, że nim jestem. Dzięki za troskę i maila. Proponuję squasha w sobotę – dla zachowania formy i obgadania szczegółów. Co Ty na to?
29 listopada 20**

10 października 2014

Aleja 69 II (Areia Athene & Foxm)


Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc – czysto przypadkowe.

Dochodziła dziewiąta. Ciekawskie promienie czerwcowego słońca zaglądały we wszystkie zakątki niedużego gabinetu, wyciągając na jaw ich tajemnice. Oświetliły szeroki regał wypełniony albumami i pamiątkami z podróży do mniej lub bardziej egzotycznych krajów. Pobawiły się przez chwilę w berka na tle kolorowej mapy świata i w chowanego – krążąc między ustawionymi na półkach, nieco zakurzonymi modelami samolotów pasażerskich. Bez cienia zainteresowania przemknęły obok wiszącej na wieszaku brązowej kurtki ze skóry i zatrzymały się dłużej na postaci jej właściciela.

Airman – emerytowany pilot samolotów rejsowych i bywalec światowych metropolii – stał przed przymocowanym do szafy lustrem i z namaszczeniem rozczesywał swoje bujne, gęste włosy. W czasach słusznie minionych notorycznie mylono go z pewną gwiazdą estrady. Zdarzało się nawet, że proszono Airmana o wykonanie szlagieru opisującego przygody pewnej rezolutnej pszczółki.

8 października 2014

Miłości. 13. Spotkanie z przeznaczeniem

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. W tym roku Kuba czekał na nie niecierpliwie. Święta oznaczały wyjazd do rodzinnej wsi, skąd jego rodzice uciekli do Warszawy, gdy on skończył podstawówkę. Czekał na nie jak na dowód, że życie nie całkiem zwariowało, że jest coś normalnego, do czego można wrócić choć na parę dni. Zapomnieć na chwilę o znienawidzonych studiach, o dziewczynie, której nawet nie śmiał nazwać „swoją”, tak bardzo nie był tego pewien... oraz o dziwnych doświadczeniach seksualnych.

Potrzebował czegoś trwałego i normalnego.

Tym bardziej przeraziła go nagła niedyspozycja matki. Od dość dawna miewała bóle stawów, chodziła po lekarzach, i niestety ostatni z nich zapowiedział operację biodra, jeśli bóle znów zaatakują. Matka jednak była twarda. Poszła na zwolnienie lekarskie tydzień przed świętami, ale nie pogrążyła się w chorobie. Kręciła się normalnie po mieszkaniu, chodziła powoli na zakupy z wózkiem, który kupił jej Kuba, i codziennie zarzekała się, że żaden konował nie odbierze jej świąt.

6 października 2014

Miniatury Barmana-Ravena II

Samochód

Słońce chyliło się ku zachodowi. Wieczorna łąka przywitała nas delikatną mgłą, snującą się gdzieniegdzie pomiędzy długimi trawami. Po upalnym dniu chłód wieczoru dawał szansę, by odetchnąć pełną piersią.

Siedziała tuż obok, skupiając uwagę na prowadzeniu samochodu. Odsłonięte ramiona w jasnej sukience pozwalały mi przyglądać się delikatnej skórze. Patrzyłem na kochankę, doskonale zdając sobie sprawę, po co tu przyjechaliśmy. Wnętrze samochodu, pomimo uchylonych okien wypełnione było zapachem dwóch podnieconych ciał.

3 października 2014

Bitch

Obraz matki. Obraz matki na tle błękitnego nieba. Była taka piękna. Inne wspomnienia wyblakły – ludzie, których spotkał, zwierzęta, powody działań i rozmów. Nawet teraz, sięgając pamięcią, nie poznawał stojących obok Niej osób. Postacie były zamazane. Jedynie biały obrus na wielkim, drewnianym stole, a przed nim Ona. W czerni. Pamiętał każdy detal. Pamiętał wszystko, a szczególnie uśmiech. Ciepły, miły, matczyny. Uśmiech nadziei… uśmiech wyrażony nie tylko ustami. Uśmiech całej twarzy, policzków, nosa i oczu… oczu w kolorze szafirów… W tle błękit nieba…

– Rysiek, kurwa, bo pękniesz.
Otrząsnął się z marzeń. Nad nim stał jego stary znajomy, Miecio.

Rękami podpierał sztangę obciążoną wielkimi odważnikami ważącymi pewnie ze 150 kilo. Uginała się na końcach pod ciężarem ładunku, dygocząc lekko pod wpływem drżenia rąk Ryśka. Opamiętał się. Ostatkiem sił podniósł pręt o kilka centymetrów i z hukiem opuścił na łapki.
– Ech, Rysiek, następnym razem puścisz sztangę i łeb ci urwie. A co ja wtedy zrobię? Ha? – marudził lekko wystraszony Mietek. Ryszard skarcił się w myślach. Ostatnio często mu się zdarzało zamyślać. Wracał wspomnieniami do różnych chwil swojego życia, a ćwiczenia wykonywał mechanicznie. Mietek miał racje, kiedyś ocknie się gdy będzie już za późno…

1 października 2014

Tabi

Marta i ja – to opowieść na kilka długich nocy. Szaleństwo małżeńskiej zdrady, wynajętej mansardy na wiecznie zielonym Żoliborzu, upalnego lata i chłodnej jesieni. Byliśmy zafascynowani sobą i całkowicie amoralni. Naszą relację wypełniała pozbawiona skrupułów zabawa seksem. W czasach, kiedy o kinku i BDSM miało odwagę mówić zaledwie kilkadziesiąt osób w mieście, my pławiliśmy się w ”klimatycznym” rozpasaniu.

Jedną z fantazji Marty było posiadanie własnej bdsm’owej kochanki. I w końcu dało mi się znaleźć odpowiednią kandydatkę. Moja uległa miała dostać swoją pierwszą sukę.

Czy była gotowa? Wierzyłem jeszcze wtedy w głębię relacji domina i uległej, wierzyłem w to, że jako dominujący ponoszę większą  odpowiedzialność za partnerkę i jej wybory, a co za tym idzie konsekwencje naszych wspólnych decyzji. Wierzyłem przy tym, że Marta da sobie radę z odpowiedzialnością za tę relację, ale…  Mimo wszystko postanowiłem, że zachowam minimum środków bezpieczeństwa i upewnię się przynajmniej, że Tabi rzeczywiście wie, na co się decyduje i że jej decyzja o wejściu w BDSM jest świadoma.